Taniec
Wtuleni w siebie, objęci gwarem,
kiedy orkiestra walca zaczyna,
spleceni dźwiękiem w magiczną parę,
drżą jak listowie dzikiego wina.
Czas się zatrzymał, mgła ich owiała,
cichej muzyki chmurka się snuje.
Struna wzruszenia w sercu zadrżała,
bo on jej włosy skrycie całuje…
Lekko unoszą się ponad salę,
obłok spłoszony spod stóp umyka.
Już niepotrzebna chyba im wcale,
ani orkiestra, ani muzyka…
Czas się zatrzymał, mgła ich owiała,
cichej muzyki chmurka się snuje.
Struna wzruszenia w sercu zadrżała,
bo on jej usta skrycie całuje…
Modlitwa
Dnia każdego w wieczornej godzinie
razem z łzą, co nieprędko obeschnie
pod niebiosa lawiną w noc płynie
miliard modłów, litanii i westchnień.
Smutnym szeptem Cię proszą kalecy
byś odmienił ich życie kulawe,
słabi, by im wiatr czasem wiał w plecy,
grzeszni zaś o wyroki łaskawe.
O chleb żebrzą ze łzami nędzarze
a więźniowie, byś zdjął im kajdany,
zniewoleni o prawo do marzeń,
zaś cierpiący, byś zabliźnił rany.
Pewnie modłów i próśb tych masz dosyć.
Gęsto od łez zapewne już w niebie,
więc o jedno chcę tylko dziś prosić;
byś wysłuchał tych, co są w potrzebie.
Kiedy gwiazdy na niebie już bledną
i gdy budzą się promienie dnia,
wtedy pragnę Cię prosić o jedno,
by wolności wiatr nie przestał wiać.
Muzyka
W noc majową słuchasz słowika,
a od śpiewu aż drży powietrze,
lepiej w klatce go nie zamykaj,
bowiem jego domem jest przestrzeń.
Gdy zatrzaśnie się za nim krata,
kiedy krtań mu zdławią wędzidła,
to nie będzie śpiewać ni latać,
bo zapomni, po co ma skrzydła.
Ref.
Serce twe wbrew stereotypom,
zaskoczone, zrobi odkrycie,
że choć życie nie jest muzyką,
to muzyka często jest życiem.
Za miłością wiecznie gonimy
jest nam ona życia kompasem,
Promień uczuć topi lód zimy,
i szczęśliwą wyznacza trasę.
Czas zdmuchuje życia minuty
i niejedno serca odmienia.
a muzyka serce ci skruszy,
choćby nawet było z kamienia.
Ref.
Serce twe wbrew stereotypom,
zaskoczone, zrobi odkrycie,
że choć życie nie jest muzyką,
to muzyka często jest życiem.
Mundur
Co w mundurze jest takiego, niech ktoś powie,
że przyciąga on kobiety niczym magnes?
Kiedy zaś w cywilu chodził po ulicach przedtem człowiek,
to nie kręcił tak dziewczyny prawie żadnej.
Co w mundurze jest takiego, może kto wie,
że na szpilkach wdzięk i urok za nim kroczy?
Kiedy idą szeregowcy, plutonowi, majorowie,
to się zaraz stado kobiet napatoczy.
Wciąż się nad tą kwestią jakiś mędrzec głowi:
czemu chłopak w wojsku zyskał wzięcie takie
i usidlił piękne dziewczę? Pewnie dzięki mundurowi,
bo w cywilu był zwyczajnym przeciętniakiem.
Niech na mą konkluzję każdy ma baczenie:
Po co spędzać czas w matrymonialnym biurze?
Jeśli chcecie mieć u kobiet niezawodne powodzenie,
to do wojska wstąpcie i chodźcie w mundurze!
Wirtualnie
Wirtualnie każdy facet jest wspaniały.
Jak tur silny, nosiłby dla ciebie skały.
Wirtualnie żadnej wady nie posiada,
pięknie pisze, nawet rymy jakieś składa.
Wirtualnie to z miłości kona w mękach.
Deklaruje, że cię nosiłby na rękach.
Czasem nawet jakiś ci komplement palnie,
Utrzymywać cię chce. Także wirtualnie.
A w realu? Wnet czar pryska.
Często nie ogoli pyska,
zrzędzi, że nie taką dałaś mu koszulę,
miast humorem – jadem tryska,
jak pijawka cię wyzyska,
problemami nie przejmując się w ogóle.
Wirtualnie każdy facet jest aniołem:
on intelekt ceni, a nie ciało gołe.
Wirtualnie toby ci przychylił nieba,
złotą rybkę w morzu złowił jeśli trzeba.
Wirtualnie z tobą siedzi aż do rana,
wyznań czyni ci tysiące na kolanach.
Gdy masz doła, zawsze wesprze cię moralnie.
Klejnotami chce obsypać. Wirtualnie.
A w realu? A w realu
to po balu panno Lalu.
Brudnych ci do prania rzuci stos skarpetek.
Bez skrupułów i bez żalu
prosi: stara, dawaj szmalu
bo po piwo lecę, fajki i gazetę
Bossa nova dla prawej nogi
Choć śpisz jeszcze, już czeka pod drzwiami
Dzień kolejny z chmurami, troskami,
Ledwo zdążysz ze snu przetrzeć oczy,
On już myśli, jak czymś złym zaskoczyć…
Dlatego:
Zostaw w łóżku minę srogą
i wstań dziś prawą nogą.
Chociaż jest ci niemniej droga,
niech poczeka lewa noga.
Niechaj najpierw utrze nosa
smutkom prawa noga bosa.
Troski zrobić nic nie mogą,
kiedy wstaniesz prawą nogą…
Na ulicy pomachaj z oddali
wszystkim, co lewą nogą dziś wstali.
Niech im deszcz, złości dreszcz humor psuje.
Ty zaś w słońcu z uśmiechem parkujesz.
Pamiętaj:
Zostaw w łóżku minę srogą
i wstań dziś prawą nogą.
Chociaż jest ci niemniej droga,
niech poczeka lewa noga.
Radość się odbije echem
kiedy zaczniesz dzień z uśmiechem
i przez wszystkie pomkną drogi
raźno dwie szczęśliwe nogi.
Modlitwa matki
Gdy mój syn pod niebo wznosi się z orłami,
to o jego życie serce matki drży.
Wysłuchaj modlitwy, mój Boże czasami,
bo mi każdej nocy lęk ogarnia sny.
Mój niebieski Panie, który wszystko możesz,
który nas prowadzisz pośród życia dróg,
oświetl mu gwiazdami podniebne bezdroża,
aby z nich na ziemię łatwiej wrócić mógł.
Zważ łaskawy Panie na modlitwy słowa,
z synem mym w przestworzach lataj, wszak masz gest,
pozwól mu doznawać szczęśliwych lądowań,
abym nie wiedziała, co to gorycz łez.
Skróć stroskanej matce czekania minuty,
niech wiem, że bezpieczny zasnął w łóżku swym.
Przetrzyj mu firmament chmurami osnuty,
wyznacz drogę tęczą, bo to wszak mój syn.
Gdy mój syn pod niebo wznosi się z orłami,
to o jego życie serce matki drży.
Wysłuchaj modlitwy, mój Boże czasami,
bo mi każdej nocy lęk ogarnia sny.
Bitwa na szachownicy
Już stratedzy siedli w sztabach nad mapami,
każdy w swą wygraną niezawodnie wierzy.
Zbroją obaj aż po zęby swych żołnierzy
obmyślają plany bitwy godzinami.
I wódz każdy swoich wojowników stroi
i ustawia na bitewnym polu w szyku.
Obaj dumni ze swych dzielnych wojowników,
co naprzeciw stoją w kontrastowej zbroi.
Jedni biali, drudzy czarni niczym smoła,
bronić władcę są gotowi do ostatka.
Wszak zwycięstwo, to jest niebywała gratka.
Każdy pewien, że obronić króla zdoła.
A po bitwie rozegranej, stwierdzam jasno;
choć zaciekle pionek bronił władcy swego,
nie zabito, nie raniono ni jednego,
obie armie zgodnie w pudle razem zasną.
Łańcuszek
Mieszkał w norce pod ziemią całkiem miły robaczek.
Chrupał sobie korzonki, albo leżał odłogiem.
Dnia któregoś pomyślał: Może słonko zobaczę?
Przecież, kurde, w tej glebie siedzieć ciągle nie mogę.
Nos wystawił nieśmiało, aby niczym nie szurać,
cichuteńko przycupnął gdzieś w podwórka zakątku,
lecz czyhała niestety podwórzowa nań kura.
Zginął migiem biedaczek w jej przepastnym żołądku.
Przy niedzieli gospodarz, chciał skosztować rosołu,
zabił kurę i chwacko w kuchni wziął się do dzieła.
Gdy ogryzał skrzydełko, już nie powstał zza stołu,
bo mu bestia skutecznie kością w gardle stanęła.
Pochowała denata na cmentarzu pod krzakiem,
ocierając łez rzekę jego żona, już wdowa.
W ziemi czekał na niego robak z kumplem robakiem,
oraz z liczną rodziną, by go wrąbać na obiad.
Tu się puenta nasuwa pod długopis liryka;
nad człowieka mogiłą schylmy w ciszy swe głowy,
bowiem on jest ogniwem, które łańcuch zamyka.
Nie z metalu bynajmniej, tylko ten pokarmowy.
Dumka
Szeroka, głęboka rzeka wody toczy.
Nad brzegiem dziewczyna wypłakuje oczy,
bo już roczek minął jak Jaś ukochany
pojechał na wojnę na koniu bułanym.
Boli serce, boli zerkać przez okienko.
Z wojaczki wracają żołnierze z piosenką,
a Jasieńka nie ma. Nikt o nim nie słyszał,
tylko wiosna w koło i wieczorna cisza.
Czasem tylko nocą mały synek kwili.
Sercem utulony zasypia po chwili,
lecz ciężko dziewczynie bez Janka uśmiechu,
niczym bez powietrza – brakuje oddechu.
Nie płacz dziewczę, nie płacz, wróci ukochany,
wojną umęczony, wiatrem wysmagany.
Zanim miesiąc minie zagości pod dachem,
przesiąknięty cały czeremchy zapachem.
Rozkulbaczy konia, szabelkę w kąt ciśnie
i ciebie dziewczyno do serca przyciśnie,
na maleńkie dziecię w kołysce popatrzy,
taki widok szybko blizny wojny zatrze.
Szeroka, głęboka rzeka wody toczy.
Niejedna dziewczyna wypłakuje oczy.
Zbiera plon bogaty wokoło wojenka.
Przywdzieje żałobę niejedna panienka.
Matko
Nie krzycz na mnie
matko, jestem już dorosły.
Miałem osiemnastkę
przecież zeszłej wiosny.
Już mi nocą kruki
czarne, nieprzyjazne,
smutną wieść o służbie
na wschodzie doniosły.
Całą chmarą w nocy
przyfrunęły ku mnie,
skrzydlatym łopotem
obudziły szumnie.
Nie krzycz na mnie
matko, proś szczęśliwą gwiazdę,
abym nie powrócił do
ojczyzny w trumnie.
Zanuć mi mateńko lepiej
kołysankę,
będę ją pamiętał, gdy
zasilę flankę.
Przegnaj czarne kruki,
niech prześpię noc całą,
powiedz „powróć synu”
jutro, wczesnym rankiem.
Wiem, byłem dla ciebie
dość oschły nierzadko…
Znowu między nami krąży
kruków stadko.
Otrzyj pożegnalną jedną
łezkę małą,
muszę już odjeżdżać.
Proszę, nie płacz matko.
Figurki z porcelany
Na szafce nocnej, przy starym łóżku,
na koronkowej serwetce stoi
urocza para małych pastuszków,
pół wieku, razem, w babci pokoju.
Zrobione z saskiej są porcelany.
Kiedyś nie były podobno tanie,
ale je kupił dziadek przed laty,
by tak okazać swoje kochanie.
Z babcią przysięgli na ślubie sobie,
że wspólnie życie wieść mają wolę.
Dał dziadek babci figurki obie,
by były związku ich serc symbolem.
Dając te drogie laleczki w darze
szeptał swej lubej czule na uszko,
by o nie dbała, bo będą razem,
póki pastuszek będzie z pastuszką.
I tu nastąpił idylli koniec.
W dal uleciały czasy spokojne.
Dziadek był młody, dostał broń w dłonie,
zamienił żonę w ciąży – na wojnę.
Gdzieś pod Tobrukiem zaginął żołnierz,
lata mijały, młodość uciekła.
Niejeden młodzian zginął na wojnie.
Babcia samotnie do dzisiaj czeka.
Kabaret
Muzyk, który w filharmonii grał na flecie,
smutny żywot od lat w samotności wiódł,
znalazł w końcu sens istnienia w kabarecie,
co dnia śmieje się, a to doprawdy cud.
Życie w cyrku już znudziło się atlecie,
bowiem klauna tylko oklaskiwał lud,
więc się wkurzył i zatrudnił w kabarecie,
co dnia śmieje się i to też jakiś cud.
Ref.
Weź ze sobą groszy parę
i kup bilet na kabaret,
gdy obejrzysz kilka skeczy,
z chandry zaraz się wyleczysz.
Ktoś zaśpiewa, ktoś zatańczy,
albo wydrwi coś, jak Stańczyk,
choćbyś siadł w ostatnim rzędzie,
to i tak szczęśliwy będziesz.
To po pierwsze i po drugie, a po trzecie,
kiedy szewca wkurzył jakiś stary but,
w kąt go cisnął, dziś pracuje w kabarecie,
jest radosny, bo kabaret sprawił cud.
Skąd ta zmiana? Powiem wszystkim wam w sekrecie:
jeśli pragniesz zdobyć czasem szczęścia łut,
to czasami chociaż bywaj w kabarecie,
bo kabaret jest jak balsam oraz miód.
Ref.
Weź ze sobą groszy parę
i kup bilet na kabaret,
gdy obejrzysz kilka skeczy,
to Pół-Serio cię wyleczy.
Ktoś zaśpiewa, ktoś zatańczy,
albo wydrwi coś, jak Stańczak,
choćbyś siadł w ostatnim rzędzie,
to i tak szczęśliwy będziesz.
Życie
Przyczepiło mi się życie do obcasa
i przywarło, nie wiem czemu, z dużą siłą.
Choć na lepsze i bogatsze byłam łasa
to mi takie jakieś nędzne się trafiło.
Czasem przeklnę, czasem nucę,
idąc prosto lub na skróty,
z życiem, które tkwi przy bucie,
choć już uwierają buty.
Ja z butami w cudze życie się nie wpycham,
więc gdy ktoś krytycznie patrzy na mnie z boku,
zanim o mnie zechce mówić, albo pisać,
niechaj w moich przejdzie chociaż kilka kroków.
Czasem przeklnę, czasem nucę,
idąc prosto lub na skróty,
z życiem, które tkwi przy bucie,
choć już uwierają buty.
Czy by w końcu ich nie zmienić na bambosze?
Przyznam, że mnie kusi perspektywa taka,
lecz nie zdejmę butów, póki nie zaproszą
na pokoje, gdzie się chodzi na bosaka.
Czasem przeklnę, czasem nucę,
idąc prosto lub na skróty,
z życiem, które tkwi przy bucie,
bowiem kocham swoje buty.
Płyniemy
Wciąż się zmieniają trendy i mody,
czas nie ustaje w szalonym biegu,
więc kuszą rzeki głębokie wody,
bo po co trwonić życie na brzegu.
Zapisujemy swych marzeń kartki,
równy rytm serca jest nam kompasem,
żaglami życie z fabułą wartką,
ciche przystanie znaczą nam trasę.
A my płyniemy w tej samej rzece,
życia najlepszym nurtem
Chociaż są słabe dłonie kobiece,
nic nas nie wypchnie za burtę.
Dopóki niosą łagodne fale,
dopóki jeszcze snujemy plany,
będziemy płynąć dalej i dalej,
bo wciąż horyzont marzeń przed nami.
I omijamy mieliznę tremy,
i choć wiatr szarpie nam żagli grzbiety,
na dobrych falach wciąż nadajemy,
bo tak potrafią tylko kobiety.
A my płyniemy w tej samej rzece,
życia najlepszym nurtem
Chociaż są słabe dłonie kobiece,
nic nas nie wypchnie za burtę.
Adam
Poznałam go, gdy szalał maj,
chciał życie zamienić mi w raj.
Jesienią jabłkami mnie pasł
i wino przynosił nie raz.
Ja piekłam mu często szarlotkę,
bo cynamon podniecał go
i głaskał mnie po nim, jak kotkę,
aż ujrzał butelki dno, samo dno,
mam dość go, bo:
Adam, Adam, Adam,
rozczarowań niemało z nim mam.
Adam, Adam, Adam,
tona wad, zalet zaś tylko gram.
Adam, Adam, Adam,
jak zły szeląg po latach go znam,
ma niestety skłonności do innych dam,
spod latarń i z obskurnych bram.
Przypisał mi niemało win,
choć wina nie piłam ja z nim.
Calvados jest nie w guście mym,
niż cydr, wolę z tonikiem gin.
Przez jabłka umarło pożycie,
mam już tego „jabola” dość.
Niech sam sobie idzie przez życie,
niech stacza się aż na dno, samo dno,
mam dość go bo:
Adam, Adam, Adam,
chciał prowadzić mnie do raju bram.
Adam, Adam, Adam,
lecz nocami tam zwykle szedł sam.
Adam, Adam, Adam,
już mam dosyć rozpaczy i dram,
dziś opinię wam o nim na piśmie dam:
to prostak niestety i cham.
Gdy ona
Gdy żona ci zamknie drzwi,
to przyjdź, ja je otworzę dziś.
Bo ona jest niczym lód,
ja ogień mam tu, tu i tu.
Korona nie spadnie ci,
gdy raz zapukasz do mych drzwi.
Szalona noc, szczęścia łut
jest tu…
Rozpalaj mój fajer
nie jesteś wszak frajer,
a starej wstaw bajer,
jakieś tam, byle co: pa dam pa dam, tu, turli du…
I ze mną po nocy kres,
na mur będziesz się czuł the best.
Niech ona nie więzi cię,
już nie…
Rozpalaj mój fajer
nie jesteś wszak frajer,
a starej wstaw bajer,
jakieś tam, pa dam pa dam, tu, turli du…
Gdy żona ci zamknie drzwi,
to przyjdź, ja je otworzę dziś.
Bo ona jest niczym lód,
a ze mną tirli, tirli dam, pum pumpi du.
Rejs
Ty myślisz o życiu realnie.
Nie zbłądzisz, głupoty nie palniesz.
A ja za marzeniem
chcę wzbić się nad ziemię,
choć lot każdy znoszę fatalnie.
Ty musisz czuć grunt pod nogami
i chodzić prostymi drogami.
A ja błędna owca
gdzieś gnam po manowcach,
bo ciągle nieznane mnie mami.
Lecz los spłatał nam dziś figielek,
przyczepił do tratwy żagielek.
Rzekł: ja was załatwię
i wyślę na tratwie
w rejs razem, w najbliższą niedzielę.
Choć w jednej koszuli i boso,
wbrew burzom i krytyki głosom,
nie psujmy ni chwilki
i jak morskie wilki
popłyńmy gdzie fale poniosą.
Walc a-mol
Postawcie mi wina butelkę na stół
kielichy też dwa kryształowe,
bo trunek ten sączyć chcę dziś pół na pół
z walczykiem w tonacji molowej.
Alkohol zapewne mu nuty i rytm
po kilku kieliszkach pomiesza.
Zaszlocha do wtóru altówek i cytr,
więc pewnie go będę pocieszać.
Gdy wreszcie butelki ukaże się dno
i świt już nastanie różowy,
zanucę cichutko: re, fa, si, la, do
z walczykiem w tonacji molowej.
Modlitwa
Wysłuchaj modlitwy miłosierny Panie,
przecież jesteś litościwym Bogiem…
Niech kruk wojny więcej nie powstanie,
bo już starczy opłakanych mogił.
Zduś nienawiść w ludziach zatwardziałych,
serc matczynych nie wypełniaj bólem,
pociesz te, co synów pochowały
i w gołębia zamień każdą kulę.
Przydaj skrzydeł tym, co swe kończyny
potracili na minowych polach,
wyjmij dzieciom z dłoni karabiny,
bo nie dla nich jest żołnierska dola.
Niech zabawką będą, zamiast broni,
armie żołnierzyków ołowianych
i odbuduj chaty popalone,
i zabliźnij w sercach wszystkie rany.
Niech granaty w kosze anioł zbierze
i w owoce zmieni je dojrzałe,
w dzwony przetop czołgi i moździerze,
niechaj pokój głoszą na Twą chwałę.
Może prośby spełnić byłbyś w stanie,
wszak nie moje sprawy są mi drogie.
Pochyl się nad tą modlitwą, Panie,
przecież jesteś miłosiernym Bogiem…
Kraków
Kiedy idę Floriańską, albo Piwną ulicą,
czas przystaje cichutko, bo się nigdzie nie spieszy,
ale przecież szczęśliwi nigdy godzin nie liczą,
zwłaszcza miły poeta, co w kieszeni ma zeszyt.
Miła pani kwiaciarka chętnie sprzeda bukiecik,
chłopakowi z plecakiem za złotówkę i uśmiech.
Gołąb kiedy jesz bajgla wnet do ciebie przyleci,
niczym natręt przysiądzie, rękę piórem ci muśnie
Ref. A po rynku krakowskim spacerują anioły,
jeden czarny i smutny, drugi biały wesoły
i ten trzeci brodaty, w kapeluszu słomianym,
czwarty gdzieś się zabłąkał, bowiem jest zakochany.
Spacerują anioły w rynku mgiełką osnutym,
bowiem lubią z uśmiechem dzień zaczynać od Bacha,
ten z paletą i pędzlem, ten z pniem lipy i dłutem,
inny zagra na trąbce chodząc z kotem po dachach.
Wędruj czasem cicho-sza w deszczu Bracką ulicą,
może zagra ci walca w rynku skrzypek Hercowicz,
albo Panu na cytrze ktoś przy blasku księżyca,
aż się w końcu nad miastem blado świt zaróżowi.
Ref. A po rynku krakowskim spacerują anioły,
jeden czarny i smutny, drugi biały wesoły
i ten trzeci brodaty, w kapeluszu słomianym,
czwarty gdzieś się zabłąkał, bowiem jest zakochany.
Czwarty gdzieś się zabłąkał, w mieście swym zakochany.
Modlitwa