Mam ogromną przyjemność oddać w ręce czytelników już drugi tomik bajek dla dzieci, które „nieco” podrosły, albo wręcz się postarzały.
Moim marzeniem i celem pisania było podzielenie się z Wami ziarenkiem wesołości i uśmiechu.
Ewa Jowik
Panował kiedyś król Jul łaskawie,
w pewnym odległym, bogatym kraju.
Miał pałac król ów tak wielki, prawie
jak Czomolungma albo Makalu.
Komnat tak dużo było w pałacu,
jak ziaren w kłosach, na polu zboża,
więc sam podczaszy gdy był na kacu,
cztery dni szukał drogi do łoża.
Potomstwa nie miał król Jul, albowiem,
łaził po zamku wciąż po próżnicy,
choć szukał wszędzie żony, królowej,
nie trafił jeszcze do jej łożnicy.
Gdy dnia któregoś postawił laczki
w jakiejś komnacie Juliusz Wspaniały,
dowódca straży, choć to chłop chwacki,
szukał tych łapci przez miesiąc cały.
Władca czasami, zima, czy lato
chodził przez tydzień w jednej koszuli,
bo służba zwykle błądziła z szatą.
Jak w labiryncie w zamku się czuli!
Kiedyś się kucharz miesiąc wałęsał
niosąc pieczoną gęś na półmisku.
Raz władca trzy dni nie jadł ni kęsa,
bowiem zabłądził kuchcik w zamczysku.
Gdy mu się dola we znaki dała,
usiadł, pomyślał: – Do diabła! Julek!
Po co ci taki ogromny pałac?
Po co ci tyle komnat w ogóle?
Dość mam tej wielkiej, niemiłej „chatki”!
A choć się nie znał na geografii,
w piątek spakował swoje manatki,
w sobotę, (cudem!) do wyjścia trafił.
Choć go prosili wszyscy poddani,
aby zarzucił pomysły głupie,
odrzekł: – To koniec moi kochani!
Jakieś m-4 w bloku zakupię.
Dość mam mieszkania w owym molochu!
Znacznie jest lepszy metraż niewielki.
Krzyknął do żony: – Idziemy, Zocha!
I się wynieśli do kawalerki.
Do dziś nie dzwonią, ani nie piszą,
w sumie nikogo ten fakt nie dziwi.
Choć mają klitkę jak celę mniszą,
to się podobno czują szczęśliwi.
EJ, 27.01.2019
Bajka o zakazanym słowie
Za siódmą rzeką, ósmą górką,
żył król wraz z żoną, oraz córką.
A choć poddani z tego kpią,
wychowywali sami ją.
Dbali o córkę ojciec z matką
i chcieli ustrzec ją przed wpadką,
więc w całym kraju było brak
w każdym słowniku słowa „tak”.
Kiedy królewna była mała,
to mama wciąż jej powtarzała:
kiedy mężczyzna czegoś chce,
to zawsze, skarbie, mów mu nie.
A tym sposobem, ja w to wierzę
od ambarasu się ustrzeżesz.
Każda panienka o tym wie:
trzeba facetom mówić „nie”.
Każdy chce z kwiatka skubać płatki
więc weź do serca słowa matki.
Daleko zajdziesz dziecię me,
gdy zawsze będziesz mówić „nie”.
Panienka rosła i piękniała,
do ślubu już się nadawała,
więc by za żonę pojąć ją,
królowie swoich synów ślą.
Casting na męża trwał rok cały.
Kłopot z wyborem był niemały,
bo ten oferma a ten ciul,
mizerny byłby z niego król.
Ten tylko skoki w bok by ćwiczył,
tamten do trzech nie umie zliczyć,
kolejny – mamy słucha wciąż,
fatalny byłby z niego mąż.
W końcu się trafił jeden taki,
przystojny, mądry, krucze baki,
wystarczy spojrzeć, kurka mać,
można go zaraz w ciemno brać.
Więc zaręczyny ogłoszono.
Niebawem panna będzie żoną.
Bez ceregieli i bez prób,
już jutro ma się odbyć ślub.
W kościele więc w sobotę z rana
podeszli razem do kapłana.
i zaraz tam na jego znak,
sakramentalne ma paść „tak”.
Do ceremonii ksiądz się spręża.
Gdy spytał: – Czy chcesz go za męża,
choć go królewna bardzo chce,
ze łzami powiedziała „nie”.
W katedrze wielkie poruszenie:
czemu królewna mówi, że nie?
Padł na poddanych blady strach…
Nikt nie wie, co to będzie. Ach!
Ja spieszę puentę pisać nową:
gdy ci słów braknie, to skiń głową.
Przyniesie owoc męski trud
i nie wygaśnie ludzki ród.
Stańcowane pantofelki
Przed wielu laty, w kraju odległym,
hen, za górami oraz lasami,
w wielkim pałacu z czerwonej cegły
żył król Cierpisław razem z córkami.
Wiódł ten Cierpisław życie ponure,
od trosk mu co dnia pękała głowa,
bowiem posiadał dwanaście córek
i trudno było je upilnować.
Choć szły z wieczora do swej sypialni,
to pantofelki z cielęcej skóry
co rano były w stanie fatalnym:
miały w podeszwach ogromne dziury.
Nie pomagały zamki i kłódki,
Detektyw co noc opadał z siły.
Nikt upilnować nie mógł tej trzódki.
Ukradkiem lazły, buty niszczyły.
Nękały króla myśli niedobre:
młode, niebrzydkie, pełne ochoty,
muszę koniecznie rozwiązać problem,
bo jeszcze panny potracą cnoty…
Kto potem zechce „taką” za żonę?
I gdzie ja potem znajdę im mężów?
Trzeba otoczyć zamek kordonem,
armią rycerzy w pełnym orężu.
Lecz mimo tego, że je osaczał,
co noc znikały królewny młode.
Cierpisław wkurzył się i wyznaczył
za rozwiązanie sprawy nagrodę
I za porażkę będzie „zapłata”:
czy to kmieć, rycerz, czy choćby książę,
trafi niechybnie pod topór kata,
jeśli zagadki tej nie rozwiąże.
Lecz król niestety ciągle bez chwały,
nie wie skąd dziury w każdym trzewiku,
mimo nagrody wcale niemałej,
mimo kolekcji głów ochotników.
W końcu przydreptał do zamku kmiotek
i tak rzekł: – Królu, winna muzyka!
Dziury powstają z winy dyskotek,
więc wszystkie w koło każ pozamykać!
I król tak zrobił za kmiotka radą.
A ja wam puentę spieszę napisać:
Po co pilnować kaczuszek stado?
Wszak lepiej złapać chytrego lisa.