Minęło trochę czasu od wydania ostatniego tomiku i nazbierało się wiele wierszy, którymi chciałam się podzielić ze swoimi wiernymi czytelnikami. W tomiku tym znalazły się głównie wiersze satyryczne, przeplatane nutką liryki. Słowem wstępnym opatrzyła pisarka, Agnieszka Lis.
Nie powiem, dokucza mi sława.
Mieć muszę swe życie na względzie,
bo to mnie wręcz trwogą napawa,
że fani natrętni są wszędzie! (Sława)
przyznaje, zgodnie z prawdą i bez fałszywej skromności, Ewa Jowik. Nie może być inaczej. To znakomita satyryczka, której jednak pióro, zupełnie nieprzypadkowo, czasem zbacza w rejony liryczne. W obu odsłonach Ewa Jowik ma prawo czuć się sławna, bo jest świetna.
O czym pisze Ewa Jowik w tomiku, który właśnie trzymasz w ręku, Czytelniku? Porusza tematy zasadnicze… Pisze o tym, że ludzie się nie zmieniają. Od wieków potrzebowali rozmowy, spędzali czas razem przy ognisku, wysyłali dymne sygnały, rysowali na skałach, rozsyłali posłańców. Potem telefonowali, esemesowali, pisali maile, wreszcie dzisiaj wymieniamy komunikaty na fejsbuku. To z całą pewnością nie koniec.
Ewa Jowik właśnie z tego się ciut podśmiewa. Z tego, czyli ze wszystkiego. Bo czymże są nasze codzienne fesjbukowe wpisy? Niegramatyczne i nieortograficzne? Czasem wulgarne? Śmieszne? Wzruszające?
I najważniejsze – jakie pozostawią po nas świadectwo?
To pytanie, które można zaliczyć do grupy fundamentalnych. I na nie – tak naprawdę – stara się odpowiedzieć swoimi wierszami Ewa Jowik. Ba! Na nie odpowiada! Ten tomik jest o nas. O ludziach zwykłych, chociaż czasem niezwyczajnych. O naszych przywarach i porywach serca, o dobrym, złym, zabawnym, żałosnym, rozczulającym… To fascynujące, jak wielką różnorodność wpisów można znaleźć w jej twórczości. Ewa Jowik rozśmiesza i bawi, w końcu to rasowa satyryczka,
Lubię po wysiłku twój niebiański dotyk,
delikatną czułość, cudowne pieszczoty.
[…] w twoje oddanie bezgranicznie wierzę
mój toaletowy, mięciutki papierze. (Dytyramb na cześć…)
potrafi też jednak skłonić do zadumy i zamyślenia, a nawet i sprowokować przysłowiową łezkę.
Lato już odchodzi, niespiesznie, leniwie,
jeszcze niebo czasem przetrze twarz błękitnie,
jeszcze słońce igra w jarzębiny grzywie,
jeszcze kasztan szumi i wrzos jeszcze kwitnie. (Ogrzej mnie…)
To rzadki talent, poruszać się sprawnie po tak różnych, rozbieżnych nastrojach. Nie wiem, czy słusznie poetka prosi:
Zamieszkała
kiedyś Wena w mojej wannie.
Niech tam mieszka, ja jej wody nie
wyliczam,
tylko niech mi podpowiada nieustannie,
jakieś
strofy w stylu Staffa, Mickiewicza… (Wena
w łazience)
wszak weny Ewie Jowik nie brak.
Podśmiewa się z ludzkich słabości:
Już się zbliża pora wczasów,
czas urlopów i wakacji,
warto kupić więc zawczasu
kilka flaszek integracji. (Integracja)
Żartuje z mód, które dotykają wszystkiego i wszystkich.
Widząc reklamy, myślę: faktycznie,
warto coś łyknąć. Profilaktycznie. (Profilaktyka)
Ale też Ewa Jowik rozmarza i chwyta obraz świata pokazany jakby w soczewce.
Niech niedziele błękitem, wtorki złotem się mienią,
środy ozdobi tęczowa nić,
a soboty nadzieją niech się znowu zielenią,
tak jak kiedyś, gdy chciało się żyć. (Malarka)
Ewa Jowik zatrzymuje na kartach tegoż tomiku świat rzeczywisty, do szpiku kości prawdziwy. Zupełnie nie fejsbukowy – ortograficzny i gramatyczny, ale nie wygładzony. Czasem wręcz szorstki, jak niepozowana fotografia.
Ech, ty życie, ty życie kalekie,
miałeś karmić mnie słodkim kołaczem,
miałeś poić mnie miodem i mlekiem,
lecz specjałów tych już nie zobaczę. (Ech, ty życie)
Gdy flesz błyska bez ostrzeżenia zostaje dla potomności obraz autentyczny, chociaż nie zawsze śliczny. Ewa Jowik nie robi retuszu, photo shopu nie używa. Dostajemy przejmujący, rzetelny, dający do myślenia wizerunek współczesności. Jeden z takich, jakie warto by zakopać w kapsule czasu. Taki, jaki warto uwiecznić… po prostu tom wierszy Ewy Jowik.
Wybrane wiersze
Kto zrozumie jak trudno czasem sklecić rym z rymem,
kiedy ciche nokturny głaszczą nocną godzinę?
Kto to pojmie, że żywot wierszoklety niesłodki,
że jest trudno napisać zgrabne słowa i zwrotki,
że gdy wieczór jak kot się o kolana ociera,
to wiersz w duszę poetę niczym kamień uwiera?
Kto się zechce użalać nad tworzenia rozterką?
Każdy woli krytykę, wytknąć twórcy fuszerkę.
Nie chce czytać nikt wierszy w książkach ani w gazetach…
Kto zrozumie poetę?
Tylko drugi poeta…
Bezsenność
Kran przecieka i na werblu marsza bębni,
zegar strzela sekundami niczym snajper,
u wezgłowia przycupnęły myśli czarne,
pod ścianami się czołgają wszystkie lęki.
Gwiazdy macki wyciągają aż do okien,
odliczają zimnym blaskiem chwile długie,
księżyc sierp naostrzył znów o wpół do drugiej,
przeciął czerń żaluzji, łącząc światło z mrokiem.
Szmer najmniejszy w uszy się łoskotem wwierca,
pod powieki półmrok wciska swą ciekawość,
nawet serce bije jakoś tak kulawo,
bo bezsenność miesza myśli i rytm serca.
Lęk się zastanawia: czy tu przysiąść, czy tu?
Czy z przeszłości myśl wyłuskać, niczym groszek?
Czy rozdrapać zabliźnioną ranę może?
W końcu sen przychodzi z pierwszą chwilą świtu.
Fiołki i róże
Za oknem wiosna, fiołki i róże,
Amor na łowy wyruszył z rana,
więc ja swe serce chyba odkurzę.
Może los ześle jakiegoś pana?
Zanim się owej wiosny zadurzę,
aby gościowi pobyt umilić,
wstawię do serca naczynie duże,
wleję weń wody, wstawię żonkile.
Czekam, gotowa na uczuć burzę,
a ze mną serca wielka komnata.
Chyba bez sensu jednak bajdurzę…
Nikt mnie nie zechce. Już nie te lata.
Wstyd
Byłam łatwowierna zbyt,
obnażyłam swoją duszę,
teraz zaś mnie dławi wstyd
i umarłam tonąc w skrusze.
Już zmywają ze mnie brud
zawijają już w całuny.
Potem do zaświatów wrót
wiodą mnie skrzypcowe struny.
I aniołów pyta chór,
gdy już brama się rozwarła:
Co tu robisz pośród chmur?
Ano, ja ze wstydu zmarłam.