…A że gości sproszono niemal z całej gminy,
to bogate w toasty były zrękowiny.
Choć jedni pili dużo, inni zaś po trosze,
to nieźle nadszarpnięto soplicowy loszek,
co słynął z przednich trunków: win z przeróżnych krajów,
a to z miodnych dwójniaków, węgierskich tokajów;
bowiem mawiał Soplica, że nie ma wszak wina,
nad świetnego, mocnego jak siłacz, węgrzyna.
Wódek, wszelkich nalewek, likierów, siwuchy,
więc ochoczo je lali biesiadnicy w brzuchy.
Trzeba było toasty przerywać zakąską:
a to zrazem, dziczyzną, perliczką lub gąską,
a to combrem z królika lub świeżym szczupakiem,
panie piły nalewki, jadły struclę z makiem,
zagryzały wiśniówkę niekiedy kołaczem,
(bowiem miał on wspaniały, waniliowy smaczek),
albo wypiekiem innym chwacko donoszonem.
Tym sposobem i damy, leciutko wstawione,
wybuchały co chwilę wespół salwą śmiechu.
Przecież to nic zdrożnego, w śmiechu nie ma grzechu.