
WYBORY
W gabinecie twojej głowy
na dwudziestym piętrze,
siedzi szpieg, co ciągle bada
moje nędzne wnętrze.
Ciągle mnie analizuje,
ciągle mnie ocenia,
wiecznie stawia w którymś kącie,
w cieniu twego cienia.
Wciąż poprawia i strofuje
za postępki podłe,
bo nie daję się ulepić
mu na twoją modłę.
I choć dom mi umeblował
w twoim guście, teraz
swe tobołki spakowałam.
Bezdomność wybieram.

I ALBO LUB
Fiołki i róże
Za oknem wiosna, fiołki i róże,
Amor na łowy wyruszył z rana,
więc ja swe serce chyba odkurzę.
Może los ześle jakiegoś pana?
Zanim się owej wiosny zadurzę,
aby gościowi pobyt umilić,
wstawię do serca naczynie duże,
wleję weń wody, wstawię żonkile.
Czekam, gotowa na uczuć burzę,
a ze mną serca wielka komnata.
Chyba bez sensu jednak bajdurzę…
Nikt mnie nie zechce. Już nie te lata.

GDYBY
Ach, gdyby…
Ach, gdyby można zatrzymać czas
by nie gnał jak szaleniec,
by szczęścia obłok otulił nas
i wyciszyła zieleń.
I mielibyśmy miliony chwil
i godzin pod dostatkiem,
by móc przemierzać tysiące mil
czułości zwiewnym statkiem.
Więc może schwytać uda się nam
pędzący czas za grzywę,
i strząsnąć z włosów popiołu gram
co barwi włosy siwe.
Ech, może raczej zamknąć go by
do klatki po kanarku,
aby młodość przypomniał dni
i zdjął ćwierć wieku z karku.

WOLNOŚĆ
Rozwód
Dobieram przed lustrem
barwę głosu do koloru sukni.
Dziś wezmę tę oschłą,
w lekkim odcieniu ironii.
Zabiorę do torebki
kilka łatek do przypięcia
i czerwoną szminkę
do podkreślenia wagi słów.
Wytrenuję przed lustrem
ostrość spojrzenia
by pasowała
do miękkości twojego charakteru.
Włożę dziś szpilki.
Usłyszysz mnie
gdy będę szła sądowym korytarzem…

MIĘDZY SŁOWAMI A BRZEGIEM MYŚLI
Ogrzej mnie…
Lato już odchodzi, niespiesznie, leniwie,
jeszcze niebo czasem przetrze twarz błękitnie,
jeszcze słońce igra w jarzębiny grzywie,
jeszcze kasztan szumi i wrzos jeszcze kwitnie.
Lecz poranek mglisty nie zostawia złudzeń.
Znów z kartoflisk zapach ognisk w dal ulata.
Już bez śpiewu ptaków co rano się budzę,
za to twarz mi muska nić babiego lata.
Dziś dzień taki chłodny. Szyby obmył deszczem,
przemoczone liście zaścieliły ziemię.
Aby moje serce nie skostniało jeszcze,
ogrzej je, kochany, choć świecy płomieniem…

OD UCHA DO UCHA
Po balu
Już mi egzystencja zbrzydła…
Zalatuje woń kadzidła
a katafalk sprawia, że znów poziom trzymam.
Ktoś łzę głośno chlipiąc roni,
ktoś kwiat zwiędły trzyma w dłoni,
wzdycha: – Była satyryczka i jej ni ma.
Jednym smutek supła gardła,
ktoś się pyta: – Na co zmarła?
Ze starości, czy ze śmiechu,? Może z żalu?
Jeszcze jakieś dzwony słyszę,
ale wnet grobową ciszę
będę miała, ciesząc się, że już po balu.
Z robakami się postaram
zaprzyjaźnić, gdy ich chmara
przyjdzie licząc na wyżerkę dość obfitą.
Ciało zeżrą, zaś ma dusza
diabli wiedzą dokąd rusza.
Oby ku tym znacznie lepszym jakimś bytom.

METAFORA WSPÓŁCZESNOŚCI (Antologia bożonarodzeniowa)
Boże Narodzenie
Przyszedł bez patosu, bezradny i goły,
okryjże go Matko i do snu ukołysz.
Utul kiedy płacze, ogrzej swym oddechem,
pozwól, by maluczkim rósł on na pociechę.
Syn twój każdym słowem dla niebieskiej chwały,
będzie kiedyś kruszył w ludzkich sercach skały.
Nie szczędź więc dzieciątku matczynej miłości,
pozwól, niech doń przyjdą z hołdem ludzie prości.
Daj mu Matko Święta z każdą kroplą mleka
łaskę wybaczania słabości człowieka.
Pozwól, by Syn Boży w zapachu jedliny
przysiadł do wieczerzy wśród każdej rodziny.

PĘTLA
Obiad
Unikając swego wzroku usiedliśmy znów bez słowa.
Wszystko już powiedzieliśmy, wszystko dzieli, nic nie łączy.
Już nie warto chyba ranić, rozdrapywać i żałować…
Coś co kiedyś się zaczęło, to się teraz wreszcie kończy.
Jeszcze tylko łyk goryczy podam w szklankach do obiadu
a ty w moje serce z wprawą wbijesz nóż, jak w sztukę mięsa.
Ja podniosę znad talerza z wolna twarz, jak obrus bladą
i dwie łzy, choć hamowane spłyną wolno w dół po rzęsach.
Zdziwię się, że legumina zamiast słodka, wyszła słona,
że ten obiad trwa już wieczność, miast się skończyć daniem drugim.
Po deserze w jakimś kącie rozżalona i skulona
będę splatać krzyk rozpaczy z modlitwami w warkocz długi…

CUDA – WIANKI ŚWITEZIANKI (antologia onamudajów)
Ona mu daje popalić szluga
a on z wdzięczności za to
leje jej, gdy mu kupić się uda,
szklanę denaturatu.
Ona mu daje? Raczej wydziela!
bukiet swych licznych uroków.
W grę wchodzi zawsze pierwsza niedziela,
i tylko po Nowym Roku.
Ona mu daje tak wiele przecież:
i auto, i dach nad głową,
lecz on nie przyjął, bowiem w pakiecie
dawała także teściową.
Ona mu daje z łaski i z rzadka.
On zaczął dociekać, czemu.
Dziś mu doniosła wścibska sąsiadka,
że woli dawać innemu.

W ZWIERCIADLE CISZY
Meble
Wyjechali domownicy na urlop we środę.
Meble zostawione w domu, nocne życie wiodą.
Szafa skrywa w swoim wnętrzu okrycia rodziny,
brzuch ją boli, więc połknęła kulkę naftaliny.
Fotel w pufie się zabujał. Choć nie ma fortuny,
chce ją zabrać w długą podróż na oba bieguny.
W kącie kuli się wersalka w niekłamanym żalem.
bo wspólnego ma niewiele ze sławnym Wersalem.
Stolik pod telewizorem stoi zapłakany,
albowiem spać mu nie dają zbyt głośne reklamy.
Stół kuchenny wraz z lodówką kłóci się zażarcie,
krzesło wstało lewą nogą, straciło oparcie,
zaś w sypialni łoże leczy moralnego kaca,
bo z poduszką się przespało z brzegu materaca.
No a zegar, co w salonie wisi ku ozdobie,
zamiast wszystkich uspokoić, tylko bimba sobie.

AKWARYMKI
Kochał
się Waluś z Kaśką w przerębli,
i
mu dryndale strasznie wyziębli.
Łowił Zenek sitkiem rybki,
a one mu zdjęły slipki.
Mówi
Magda, że podobno nie jest w modzie,
zażywanie Waleriana w
zimnej wodzie.
Po urlopie nad jeziorem, pan Walenty,
płaci płotce regularnie alimenty.
Nierozważnie się nad studnią nachyliła,
i od tego właśnie ponoć „zaciążyła”.
Chciał
w zimnej wodzie wziąć Walek Lodzię,
lecz mu się skurczył
interes w chłodzie.

NIEPOMOŻANKI
Nie pomoże lewatywa,
kiedy w brzuchu głód przygrywa.
Nie pomoże muszka, frak,
gdy pianiście słuchu brak.
Nie pomoże ci plasterek,
na sercowych zranień szereg.
Nie pomogą pudru tony,
kiedy zmarszczki z każdej strony.
Nie pomoże miecz i tarcza,
gdy odwagi nie wystarcza.
Nie pomoże nawet schron,
gdy kostucha bije w dzwon.

JOWIALNA TWÓRCZOŚC FEUDALNA (Antologia wesołych epitafiów i nagrobków)
Piechura
Tu leży piechur i jego buty.
Miał pecha. Kiedyś poszedł na skróty.
Chemika
Mieszał kwasy i zasady,
alkoholom nie dał rady.
Trębacza
Wyzionął ducha,
za mocno dmuchał.
Lubiącego zaskakiwać
To grób pana Jacka,
który zmarł znienacka.
Ciecia
Odszedł Mietek, by w zaświatach
wszystko pięknie pozamiatać.
Żołnierza flegmatyka
Wyciągnął zawleczkę…
spóźnił się troszeczkę.

A JA KOCHAM MIKOŁAJA
Pomidor
Wyrósł na grządce pan Pomidor.
Na imię dano mu Izydor.
Rósł pogrążony w wielkim smutku,
bo śmiano z niego się w ogródku,
że taki słaby i go teraz
tyczka przez cały czas podpiera,
że przewiązuje mu pas sznurek,
że jest zielony jak ogórek,
że przecież dzieci nie od wczoraj
bawią się często w pomidora,
bo jak wiadomo, pomidory
mają zazwyczaj złe humory.
No więc kochani, jak widzicie,
Izydor miał niełatwe życie.
Nikt go nie lubił i nie cenił,
więc się ze złości zaczerwienił
i rzekł kąśliwie do fasoli,
że też po tyczce się gramoli,
a kabaczkowi, że jedynie
przedrzeźnia cały dzień cukinię.
Kapuście potem udowadniał,
że z głąbem się zadaje co dnia,
patisonowi, że w zagonach
leży jak dynia rozpłaszczona,
zaś ogórkowi, że się spręża
bo pragnie przypominać węża.
Potem nie bez powodu twierdził,
że każdy ząbek czosnku śmierdzi,
w końcu się zwrócił do buraka,
że prostak z niego i pokraka,
i jeszcze wyśmiał grubą dynię,
że będzie straszyć w halloweenie.
Wtem, ogrodniczka słysząc swary,
chwyciła nóż i koszyk stary,
przerwała kłótnię im w pół słowa,
by z owych warzyw ugotować
dla swej rodziny, kolorową
i zdrową zupę jarzynową.

MAJSTERSZTYK CHLEBA
Moje dzieciństwo
Ech, moje dzieciństwo… A jakże, pamiętam.
Zabawy do zmroku od rana.
Chleb z wodą i cukrem na co dzień. Od święta,
na chlebie gościła śmietana.
Chłopaki z kijami, walczyli dzień cały,
ginęli co dnia w krwawej walce.
Na nogi ich zwykle kanapki stawiały
z ogórkiem kiszonym i smalcem.
Ech, smak tego chleba… Do dziś go pamięta
sprzed lat pięćdziesięciu dziecina.
Choć ginie pomału w pamięci zakrętach,
to jeszcze go czasem wspominam.

ZARAZKI
Zarazki pesymisty Zenka z Krościenka
Słońce świeci w górze?
Zaraz się zachmurzy.
O, jaskółka nisko frunie,
zaraz pewnie deszczyk lunie.
Sąsiad łazi tak powoli.
Zaraz ktoś mu przy…
Bronka
łazi po drabinie.
Zaraz orła z niej wywinie.
Heniek biegnie polem w dali,
zaraz pewnie się wywali.
E, nie pójdę za chałupę;
zaraz wejdę w krowią kupę.

ZADUMA
Odchodzicie…
Odchodzicie po kolei, przyjaciele,
w jakąś lepszą, otuloną niebem wieczność
i na tamtą stronę wiodą was anieli.
Pozostaje po was wielka nieobecność.
Pozostaje krzyża cień na tle mogiły,
waszych wierszy w komputerze kilka plików,
jakieś słowa, co się kiedyś w pamięć wryły,
jakieś wspólne zdjęcie i wpis w pamiętniku.
Tyle jeszcze każdy mógł wypełnić sobą,
przenieść wspólnie góry, ukręcić łeb Hydry…
Zamiast bliżej być, żyliśmy raczej obok,
już się teraz nie da odwrócić klepsydry.
Zabieracie z sobą światło, które grzało
i idziecie tam, gdzie jest go i tak wiele,
a mi jeszcze z wami wspólnych chwil za mało.
Nie odchodźcie, moi drodzy przyjaciele.

MOST (Wilno 2019)
Poeta na moście
Pobudowano most ponad rzeką.
Zasłynął wszędzie: w Paryżu, Grójcu,
Łodzi, Timbuktu (choć to daleko),
jako most dziewic i samobójców.
Kiedy dokuczał życiowy kierat,
szedł na most człowiek stary lub młody,
przez balustradę lazł ten desperat
a potem robił hop – siup! do wody.
Skakali z mostu: pantoflarz, rogacz,
czasem zdradzany bard zakochany,
zgrany do skarpet w ruletkę bogacz,
oraz dziewice. Powód nieznany
Przyszedł też kiedyś początkujący
młody poeta. Chciał skończyć żywot
skacząc z rozpaczy w nurt rzeki rwący,
bo jakiś krytyk spojrzał nań krzywo.
Jaki miał finał skok ten? Odpowiem,
jeśli ów fakt znać koniecznie chcecie:
nie spadł do rzeki biedak, albowiem
Pegaz go uniósł w niebo na grzbiecie.
Tu się nasuwa takowa puenta:
kiedy ci proza życia już zbrzydła,
proszę poeto, o tym pamiętaj,
gdy chcesz się zabić, odepnij skrzydła.

MAKOWE WIERSZE
Siała baba mak
Między krzewami (dla niepoznaki)
ktoś w mym ogródku wiosną wsiał maki.
Wzeszły niemałe, dorodne takie
wróżąc makówki nabrzmiałe makiem.
Już planowałam; z ciastem francuskim
zrobię łamańce, lub słodkie kluski.
Marzyłam również, że mi w makutrze
na tę potrawę dziadek mak utrze…
Od lat z sąsiadem Rychem nie gadam.
Jednak nadali diabli sąsiada.
Niby na ogród nie zerkał wcale,
lecz wnet policja mknie na sygnale.
Dociekać zaczął pan dzielnicowy,
skąd taka ilość roślin makowych?
Więc rzekłam: – Władzo, to samosiejka,
którą wiaterek sypnął w alejkach,
a nie wyrwałam kwiatuszków owych,
bo bardzo lubię kolor pąsowy.
Z nudów też czasem moja kocina
płateczki kwiatków z lubością wcina.
Lecz nie pomogły te argumenty,
ani aktorskie (świetne!) talenty,
płacz, krzyki, prośby ni tłumaczenia.
Z komendy wzięto mnie do więzienia.
Zapadła cisza jak makiem zasiał,
gdy mnie odziano na koniec w pasiak.
I tak musiałam obejść się smakiem,
bo zamiast maku mam figę z makiem
Dziś na widzenie ma przyjść rodzina.
Córka makowiec przytachać mi ma…
No cóż, przyznaję, że dałam ciała.
Przez to powiastka owa powstała: Siała baba mak, nie wiedziała jak…
PS.
Ponieważ nudno mi w kiciu siedzieć,
obmyślam zemstę na swym sąsiedzie.
Gdy wyjdę z pudła, to mu dokopię,
wrzucając cichcem przez płot konopie.

MIĘDZY DOTYKIEM A CISZĄ
Jaskiniówka
Mam takie marzenie, w sekrecie wam powiem,
żeby choć przez miesiąc żyć jak Flinstonowie.
Wśród przyrody bujnej, ptakozaurów, kwiatków
i bez telewizji, smogu i podatków.
Byłoby cudownie żyć bez polityki…
Sprzątał, prał i zmywałby mi zwierzak dziki,
dnia każdego witałby mnie przed jaskinią
szczekając radośnie mój psozaur Dino.
Musiałby mój ślubny, czyli jaskiniowiec,
chcąc coś ukatrupić w dal z maczugą pobiec
a po polowaniu mięcho by mi rzucił
wrzeszcząc: – Ewaaaa! Upiecz mi ten stek mamuci!
I mogłabym wreszcie (nie tak, jak mam teraz)
w futrach najróżniejszych co rano przebierać.
Mój mąż, troglodyta, zamiast siedzieć w dom,
mknąłby do roboty, do kamieniołomu.
Ja w tym czasie wdziawszy jakieś ze skór kiecki,
szłabym do sąsiadki Baśki, na ploteczki,
albo ostrym rylcem kamienną tabliczkę
bym zapisywała jakimś prawierszyczkiem.
Tylko czy mi będzie podpowiadać słówka,
jakaś pra, pra wena, czyli jaskiniówka?

METAFORA WSPÓŁCZESNOŚCI (Lato 2017)
Lutek, Gutek i Heniutek z Zawichosta,
Do Paryża jadą. Sprawa niby prosta.
Tam się Lutek ma zwać Lui,
Gutek zaś, wiadomo – Gui.
Na to Heniek: – To ja wolę w domu zostać…
Kawaler Zenon we Fromborku,
ożenił się zeszłego wtorku.
Ona miała niestety
lico strojne w „tapety”,
wziął więc poniekąd kota w worku.
Dzidek, piroman, co żył na Bali,
wciąż pożarami wokół się chwalił.
Było ich wiele…
W pewną niedzielę
w końcu się biedak całkiem wypalił.
Amazonka Petronela ze wsi Grabów,
od dzieciństwa miała słabość do arabów.
Po tym, co był czarnej maści,
po dziś dzień używa maści
i unika wschodnich barów i kebabów.
Sportowiec Arkady z Kanady,
codziennie trenował przysiady.
dziś doznał wypadku,
bo spodnie na zadku
mu pękły. Jest mistrzem żenady.

ODWÓDKI
Od słodkiego wina
struna się napina.
Od wiśniówki
masz ból główki.
Po winiaku,
żegnaj ptaku.
Po mocnym piwie,
kocham żarliwie.
Od Malagi
brak odwagi.

DZIKI OGRÓD
Nie osądzaj
Choć niewiele warta jestem w twym mniemaniu,
choć mi czas upływa na piciu i ćpaniu,
chociaż grzeszę bezustannie dnia każdego,
ty mnie nie osądzaj, bo Bóg jest od tego.
Choć niewiele we mnie widzisz już człowieka,
daj mi może drugą szansę i poczekaj…
Mym następnym wpadkom spróbuj raz zapobiec
i mnie nie sądź, bowiem Bóg to lepiej zrobi.
Choćbyś widział mnie co dnia na dnie rynsztoka,
rękę podaj i nie traktuj tak z wysoka,
Choćbym sprzedawała ciało w życia sklepie,
ty mnie nie osądzaj. Bóg to zrobi lepiej.

STREFA KIBICA
Strefa kibica
Dziwnie ucichły dzisiaj pojazdy
na placach i na ulicach,
natomiast w domu nieomal każdym,
panuje „strefa kibica”.
Faceci, by się trzęśli rywale ,
szykują już atrybuty.
Mój Antek też się okręcił szalem,
chociaż to czerwiec, nie luty.
U boku prawie każdego chłopa
zaopatrzenie niewąskie:
zimnego piwa stoi czteropak,
oraz dość liczne przekąski.
Mój stary z kuflem, prężny i zwarty
siadł przed ekranem w fotelu,
licząc na polskiej drużyny artyzm,
bramek spodziewa się wielu.
Wygląda, jakby połknął dynamit,
zaciska pilota w dłoni,
aby oglądać „Tańca z gwiazdami”
nie przyszło do głowy żonie.
I się zaczęło. Hymn kibic ryczy,
w mieszkaniach i na stadionie,
i wnet do bramki mkną przeciwnicy,
wbrew naszej świetnej obronie.
Już na osiedlu z prawa i lewa
słychać po akcji wrzask dziki.
Że dziecko spać chce? Każdy olewa,
wszak kibic lubi okrzyki.
Gdzie biegniesz?! Podaj!!! Jasssna cholerrra!
Epitetami mąż rzuca,
migiem przejmuje rolę trenera
i zawodników poucza.
No, wreszcie przerwa, więc mój małżonek
jak oparzony się zrywa,
pędzi jak Milik… w kibelka stronę
by pęcherz opróżnić z piwa.
Druga połowa jeszcze przed nami.
Ja, żądna innej rozrywki,
modlę się w duchu, żeby czasami
nie było jeszcze dogrywki.
Mecz się zakończył, zniknął bar piwny,
ucichła wreszcie dzielnica.
Do czasu. Jutro się uaktywni
ponownie strefa kibica.

MODLITWY I REFLEKSJE NA BOŻE NARODZENIE
Ostatnia Wigilia
Szare okna wypłakane
do ostatniej kropli deszczu,
zaciśnięte puste dłonie…
Czemu nie przyjechał jeszcze?
Stopy na śmierć zadreptane
na podłogi brudnej matni,
znów opłatek więźnie w gardle.
Może to już raz ostatni.
Serce znów usprawiedliwia:
Przecież taki zagoniony,
co dzień tyle obowiązków
wobec dwójki dzieci, żony.
Może jutro? Za rok może?
W końcu znajdzie choć godzinę
i przyjedzie, powie MAMO…
Przecież jest kochanym synem.
***
Zmarła dzisiaj pańska matka.
Robiliśmy co się dało.
I co z tego, że dziś święto?
Niech przyjedzie pan po ciało.

KOCHA SIĘ ZA NIC
Wierność
Weź moją wierność w chłodne dłonie,
idź z nią na dworzec, kup jej bilet.
By nie zginęła na peronie,
poczekaj proszę, chociaż chwilę
bo była życia ci sztalugą,
i tęczą, którą deszcz maluje
trwała przy tobie aż za długo,
choć na nią już nie zasługujesz.
Więc ją odprowadź do przedziału,
połóż na półce jej bagaże,
żegnaj się z żalem i pomału,
topiąc sens słów w podróżnych gwarze.
Gdy cię na koniec pocałuje,
konduktor powie: czas na odjazd,
szepnij jej cicho, że dziękujesz
za to, że nigdy nie zawiodła.

TYLE WE MNIE MIŁOŚCI
Dwa serca
Wydrapię serca w brzozowej korze,
(wybacz mi brzozo siwa),
będzie dozgonna ta miłość może,
cudowna i żarliwa.
Szepnę zaklęcie pod jarzębiną
i pośród mchu pościeli.
Niechaj uczucia nigdy nie miną,
niech nic nas nie rozdzieli.
Jeżeli w sercach razem związanych
powstanie rysa mała
i gdy odejdziesz kiedyś kochany,
to żyć nie będę chciała.

ZASZEPTAŁO NA FIOŁKOWO
Między kartkami
Miałeś oczy niebieskie, wesołe
i niewiele znaczyłeś z pozoru,
do dziś jednak tkwi w książce ten
fiołek,
jak pamiątka tamtego wieczoru.
Dawno zasechł, nie pachnie fiołkowo,
twarz mi twoją w pamięci czas zatarł,
ale słowa brzmią w uszach na nowo,
że jedyna, że do końca świata…
Lecz listonosz do dzisiaj nie przyszedł,
kilka słów, to zbyt duży wysiłek.
Twych zapewnień od dawna nie słyszę,
pewnie innej dziś fiołki kupiłeś.
Może czasem mnie wspomnisz od święta,
bo masz żonę i dzieci gromadkę,
a ja jeszcze twe oczy pamiętam,
dotyk dłoni, tak niby ukradkiem.
Niepotrzebnie wspominam, a zatem
otrę łzę, która z majem dziś gości
i wyrzucę do kosza ten kwiatek,
co pozostał po tamtej miłości.

POD KRZEWEM BZU SPISANE
Wieczór
Gdy
mam już dość codziennej wrzawy,
pod
krzewem bzu, co kiście schyla,
siadam,
bo miła taka chwila,
którą
mi daje maj łaskawy.
W
oddali pieśń skowronka dzwoni,
a
krzew swą wonią aksamitną
kusi,
by póki jeszcze kwitną,
liliowe
kwiaty trzymać w dłoni.
Tyle zachwytów mam za progiem…
Lilaki i słowików parę,
zieleni nawet ponad miarę
i kwiecie, które tak mi drogie.

Chociaż wdziałam nowe gacie,
to w nich muszę siedzieć w chacie.
Chociaż pięknie słonko świci,
to w chałupie siedź na rzyci.
Chociaż jest pogoda super,
muszę w domu kisić kuper.
Chociaż mam na wypad chęci,
to się w domu muszę kręcić.

Elfy
Zamieszkały elfy w krzewie jaśminowym,
przypadek to przecież na wiosnę nierzadki.
On zielony kaftan przywdział z listków, nowy,
ona piękną suknię, całą w białe płatki.
I postanowili ślub wziąć w owym krzewie,
przysięgę małżeńską przyjął od nich słowik.
Potem odlecieli. Dokąd, tego nie wiem,
lecz dotąd nie piszą państwo Jaśminowi.
Dzisiaj mi powiedział słowik, piosnkę nucąc,
że go zapewniły małe elfy owe,
gdy krzew znów zakwitnie, to do nas powrócą,
by tu wychowywać dzieci jaśminowe.

I jak…
I jak tu grać w zielone
gdy taka smutna wiosna?
Gdy z każdej niemal strony
czas przędzie lęk na krosnach?
Gdy trwogi cień czasami
na progu naszym siada
i kruki nad polami,
latają w wielkich stadach.
Jak znaleźć radość w chwilce,
gdy czarne są dni wszystkie?
Jak cieszyć się zawilcem,
i młodym brzozy listkiem?
Dokoła w czarne chmury
zmieniły się obłoki,
ktoś sypie proch do urny
i rozpacz w dół głęboki.
Ma życie gorzki posmak
i głosi trwogę dzwonem…
Gdy taka smutna wiosna
to jak mam grać w zielone?

Róża (Vilanella)
W ogrodzie krzew pąsowej róży,
o świcie pogrążony w smutku,
w porannej rosie się zanurzył.
Motyl w jej płatkach się zadurzył,
nieśmiało przysiadł po cichutku,
prosząc o względy pięknej róży.
Aby spokoju nie zaburzyć,
wachluje zieleń powolutku,
pragnąc w zapachu się zanurzyć.
Choć motyl wątły i nieduży,
to śmieją z niego się w ogródku,
że się zakochał głupio w róży.
Uczuciom taki stan nie służy,
bojąc się drwin i śmiechu skutków,
biedak w rozpaczy się zanurzył.
Machnął skrzydłami, oczy zmrużył,
i się wycofał po cichutku,
podążył za nim zapach róży,
cały się ogród w nim zanurzył.

Margerytki
Pierwsza miłość… Taka czysta i nieśmiała,
przyszła z wakacjami wraz, w lipcowym skwarze,
moje serce ramionami oplatała
i śpiewała mi piosenki przy gitarze.
Przynosiła bukieciki margerytek,
bo nie było jej stać na czerwone róże
Były drobne i w miłości szal spowite,
potrafiły delikatną bielą urzec.
Pamięć o nich trzymam w książce zasuszoną,
twoje słowa w pamiętniku leżą skryte,
nasze serca dawno już przestały płonąć…
Dziś już nikt mi nie przynosi margerytek.

Handlarka
Przy małym skwerku, na chodniku,
gdy dzień sierpniowy się zaczyna,
przysiada z koszem słoneczników,
co roku, biedna starowina.
I amatorów pestek mami:
– Kup chociaż jeden. Za trzy złote.
Przy telewizji, wieczorami,
będziesz pan gryzł je sobie potem.
O, ten słonecznik jest dorodny,
pustych w nim pestek nie uświadczysz.
I widzisz oczy jej łagodne,
co proszą o grosz, gdy w nie patrzysz.
W tym roku już, sierpniową porą
jej nie widuję na chodniku.
Pewnie odeszła, by aniołom,
sprzedawać tarcze słoneczników.

Bajka o złym lisie
W wierzbowym gąszczu, tuż-tuż nad rzeczką,
żył zając z żoną oraz córeczką.
Zwykle zwierzątka, dopóki małe,
swoich rodziców się pilnowały,
lecz Trusia miała wciąż psoty w głowie,
a to spędzało wszystkim sen z powiek,
bo zamiast słuchać mądrych rodziców,
ciągle biegała po okolicy.
Kicała ścieżką, aby nad ranem
poganiać żaby z panem bocianem,
potem szła w gości do kuropatwy
i do sporego stadka jej dziatwy.
Wciąż powtarzała rodzina cała,
aby do obcych się nie zbliżała,
bowiem miś właśnie ogłosił apel
że w okolicy jeździ kidnaper.
Obcy zaczepia? Dorosłych zdaniem,
nie można darzyć go zaufaniem.
Lecz ona mknęła co dnia na łączkę,
bo była krnąbrnym małym zajączkiem
i nie słuchała niestety Trusia,
ani mamusi, ani tatusia.
Aż dnia któregoś, tak mimochodem,
jechał tamtędy lis, samochodem,
w zajęczej masce, z podstępnym planem,
bo to był chytry lis farbowany.
Ujrzał zajączkę w pobliskich krzakach.
Rzekł: – Choć maleńka, dam ci lizaka.
W domu słodyczy mam wybór wielki:
czekoladowe jajka i żelki…
i zabawkami pięknymi kusił.
Trusia niepomna przestróg mamusi
wsiadła do auta i odjechali.
Szybko pisk opon ucichł w oddali.
Na szczęście bocian z łąki pobliskiej,
widział i słyszał dokładnie wszystko.
Podniósł ogromny alarm klekotem,
zwierzęta wespół ruszyły potem
i na sygnale mknęły z pościgiem.
Wielką obławę zrobiły migiem,
dopadli drania przed jego norą,
lisa- przecherę w kajdanki biorą.
Nie uwierzyły w bajkę zwierzęta,
że chciał dać Trusi prezent na święta.
Na nic nie zdały się tłumaczenia.
Niedźwiedź zaciągnął go do więzienia.
Ty też pamiętaj kochane dziecię:
wielu złych ludzi chodzi po świecie.

Spóźniona refleksja
Po potopie, drapiąc bąble, dumał Noe:
– Do swej arki zapraszając zwierząt pary,
niepotrzebnie na swój pokład chyba wziąłem
gzy, szerszenie, kleszcze, meszki i komary…

Deszczowa miłość
Dnia pewnego, kiedy siąpił deszcz nieduży,
pan parasol w parasolce się zadurzył.
Była piękna, kolorowa,
marzył, by z nią spacerować
chciał, by razem przeglądali się w kałuży.
Deszcz ją moczył, chociaż była taka wiotka,
i dźwięczała o materiał piosnki zwrotka,
więc z przyczyny zakochania,
chciał parasol dżdżu, jak kania,
bowiem wtedy mógł ją wreszcie w parku spotkać.
W dni jesienne w samotności żyć – nieswojo.
Jego pan, jej panią więc za żonę pojął.
Odtąd owe stadło młode,
moknie razem w niepogodę,
parasole razem po spacerze stoją.

Była
Była błękitna, była zielona,
była tak piękna jak panna młoda.
Skąpana w ptaków piosenek tonach,
twarz jej zmywała deszczowa woda.
Była kolebką i fundamentem,
opoką, polem pachnącym żytem
i dniem powszednim, i wielkim świętem…
rodzoną matką, szczęściem, zachwytem.
I miała dzieci: ptaki, zwierzęta,
roślin miliony, owadów mrowie,
karmiła co dnia liczny inwentarz
i syty mógł się czuć każdy człowiek.
Choć mieli pełną spiżarnię, barek,
to ludziom mało było wszystkiego.
Brali do syta i ponad miarę,
i wydzierali serce, i trzewia.
Dziś na cmentarzu leży wszechświata,
bo ją dopadła ludzka pandemia.
Zmarła więc w końcu któregoś lata,
świętej pamięci Planeta Ziemia…

Ojciec
Tak to w życiu jest nierzadko,
że się ojciec staje matką
i że bywa dla swych dzieci całym światem.
Da miętówkę ci za grosik,
w bólu zaś na rękach nosi,
ja takiego wspaniałego miałam tatę.
On to, a nie mama, właśnie
przed snem opowiadał baśnie,
uczył, jak uczciwą stroną życia kroczyć.
Pokazywał piękno świata
i to mój cudowny tata
na cierpienie innych mi otwierał oczy.
Wspaniałego ojca miałam
i choć bieda dokuczała,
to miłości zawsze w domu był dostatek.
On charakter mój kształtował.
Dziś Ci pragnę podziękować
za to Panie, że takiego miałam tatę.