Bajka o ślimaku
Pana
ślimaka dopadła bieda…
Nadeszła
jesień, wyżyć się nie da,
bo
musiał zrobić remont swej chaty,
więc
wziął pożyczkę i spłaca raty.
Ale
jeść przecież trzeba mieć za co,
więc
postanowił zająć się pracą.
Może
posada znajdzie się jakaś?
Pomknął
więc ślimak do „pośredniaka”.
Już
po tygodniu dotarł do biura,
z
czekoladkami – pełna kultura.
W
biurze siedziała jakaś kobita,
skłonił
się grzecznie, o etat spytał,
choć
minę miała jak po cytrynie,
wręczył
jej pudło pełne pralinek.
Biurwa
przejrzała segregatory,
(a
miała zbiór ich doprawdy spory),
w
nich informacje gdzie są wakaty.
Może
coś znaleźć nawet flegmatyk,
lecz
każdy zawód zaraz odpadał,
więc
wciąż bąkała: pan się nie nada.
W
końcu krzyknęła: – Jest! Eureka!
Etat
na poczcie na pana czeka!
Niech
pan się zgłosi tam po niedzieli,
bo
potrzebują doręczycieli.
Choć
płacą słabo (taryfa taka)
to
chcą zatrudnić nawet mięczaka.
Już
w poniedziałek od ósmej rano,
„biegał”
po mieście z torbą wypchaną
i
do wieczora nie ustał w biegu,
zwłaszcza,
że miał tam wielu kolegów,
tak
jak nasz ślimak – rasy winniczek.
Zdeptali
w mieście każdy chodniczek,
więc
nie należy dziwić się wcale,
że
tam pracują tak opieszale.
Podsumowując
sprawę łagodnie,
priorytet
„pędzi” aż dwa tygodnie…