Człowiek jest podobno istotą rozumną. Lub tylko bywa, niestety… za to nie zdarza się praktycznie, aby racjonalnie móc podważyć ludzką potrzebę miłości. Owo uczucie przekracza bariery rozsądku i rozumu, przyzwoitości, częstokroć nie ma w zachowaniach zakochanych sensu ani logiki. I dobrze! Cóż byłoby warte życie, oparte wyłącznie na ścisłym rozliczaniu świata umysłem, na rzeczowym pomyślunku i życiowej mądrości! Całkiem to niepotrzebne, gdy mowa o miłosnych porywach duszy i ciała. Bo cóż, ciało… jest istotne. Gdy mózg się wyłącza, nastaje czas bez cenzury, pozbawiony zaściankowej moralności, z obyczajnością będą poza człowieczym doświadczeniem…
Tak się chce żyć! Wtedy życie jest warte, wszystkiego jest warte!
I o tym pisze dla nas Ewa Jowik. Poetka, która już wielokrotnie zachwycała ułożeniem strof, która pracuje nad każdym wersem tak, jakby miał zawierać przesłanie dotyczące końca świata. I w pewnym sensie każdy z jej wierszy owym końcem jest, skończoną wypowiedzią twórcy, zamkniętym obrazem nieznanej i znanej dali. Chociaż właściwie, czy rzeczywiście zamkniętym? A może właśnie otwierającym?
Zapewne i jedno, i drugie. Ewa Jowik tak konstruuje wiersze, że dodać się do nich nic nie da. Są więc skończone i hermetyczne. Jednak równocześnie otwierają w głowie czytelnika nowe przestrzenie, robią miejsce na przemyślenia, które – być może, zapewne nawet – inaczej by się nie pojawiły. Otwierające zatem są te wiersze, z całą pewnością.
Ewa kpi i zatrważa, obala mity i typowe schematy myślenia. Jej wiersze, także zawarte w tym tomiku zmuszają do otworzenia głowy i zastanowienia się, czy babia i Czerwony Kapturek to na pewno te postacie, które znamy? Czy kat jest na pewno zawsze bez serca? Bez potrzeb miłosnych? Bez chuci wręcz? Czy Kopciuszek aby na pewno jest całkowicie niewinny, bez krzty jednej nawet grzechu, grzeszku?
Ewa Jowik zadaje takich pytań bez liku. Czy skrzaty są zawsze pracowite? Na czym lubią polatać gospodynie domowe? I zawsze ma do swoich bohaterów dystans, który paradoksalnie zmusza czytelnika do owego dystansu pokonania.
Kto szuka przyjemności wymagającej myślenia, chociaż wymuszającej uśmiech – ten ma przed sobą lekturę doskonałą. Bajki – nie bajki. Opowieści, których istota zawarta jest w ciętym piórze Ewy Jowik. Która skrzypieniem tego pióra zmusza nas… do czego? Ostatecznie sam oceń, czytelniku.
Agnieszka Lis
Za siódmą rzeką, za siódmą górką,
żył król Sędzimir z żoną i córką
w zamku ogromnym, pięknym, bogatym,
który miał tysiąc cztery komnaty.
Służby tak wiele miał król Sędzimir
jak płatków śniegu w mroźnym dniu zimy.
Miał też koniuszych i koni setki,
złote karoce, złote karetki,
a po pałacu, króla (wraz z żoną),
w lektykach złotych wszędzie noszono.
Przestrzegał króla dowódca straży,
by nigdzie sam się łazić nie ważył,
bo niszczy cenne ciżmy, drze szaty,
kiedy piechotą mknie do komnaty.
Zasady owe przed słońca wschodem
wymyślił jeszcze królewski przodek.
Choć w pogotowiu stała lektyka,
król gdzieś się straży czasem wymykał.
Na bok odkładał koronę złotą
i myk! Na przekór wszystkim, piechotą.
Marszałek wielki (koronny czyli),
w końcu oznajmił: – No, moi mili!
To niebywałe, że sobie władza
licho wie dokąd piechotą chadza.
Nie ma się co tu nad sprawą biedzić,
tylko czym prędzej króla wyśledzić.
Kanclerz się wtrącił: – Proszę o ciszę!
Ja ów postulat natychmiast spiszę.
Członkowie straży! Waszym zadaniem
będzie śledzenie i pilnowanie.
Nie chcę w tej kwestii żadnych pomyłek:
gdy tylko władca ruszy swój tyłek,
to trzeba sprawę postawić twardo,
zastawić drogę mu halabardą.
Klucznik też zabrał głos w owej sprawie:
– Ja w swej robocie wszak się nie bawię!
Zamykam wszystkie drzwi oraz bramki
na rygle, kłódki, skoble i zamki.
Dnia następnego duzi i mali
władcę z uwagą obserwowali.
Lecz mimo króla licznych osaczeń,
on znów się wymknął straży cichaczem.
Skwitował fakt ów wściekły marszałek:
– I po co były podchody całe?
Król chyba sobie zmontował wytrych
i całą służbę jakoś przechytrzył.
Trzeba ukrócić owe numery.
Zamontujemy w zamku kamery!
Już w poniedziałek w pałacu całym
liczne kamery okiem łypały.
I się wydało:
że nocą w garnkach
grzebie łakoma gruba kucharka.
Że się zakrada do win podczaszy
i chla węgrzyna niczym żul, z flaszy.
Że młody krojczy, przystojny, chwacki,
urządza sobie z dwórkami schadzki.
Że ochmistrzyni nocą się skrada,
grzebie w kredensach, ciasto wyjada.
Królowa pani z dowódcą warty,
codziennie grywa (na forsę!) w karty
i że księżniczka, śliczna Ludwika,
biega dość często do ogrodnika.
Jednak niestety nie wie nikt oto,
dokąd wymyka się król piechotą.
Z boku się cicho przysłuchiwała,
młoda sprzątaczka, drobna, nieśmiała
i gdy gwar ucichł, choć ledwo żywa
rzekła: – Wiem gdzie król piechotą bywa.
On na paluszkach w swych pantofelkach,
co dzień cichaczem mknie do kibelka.
Tak jak niejeden królewski przodek,
czasem odwiedzać musi wychodek.
Wy też siadacie na owym tronie.
I na tym bajki o królu koniec.
Bajka o Czerwonym Kapturku (wersja prawdziwa)
Przed wielu laty, we wsi Dół Mały,
w uroczym domku z pięknym tarasem,
matka i córka razem mieszkały,
zaś babcia tych pań w domku pod lasem.
Babunia była ciutkę schorzała.
Kiedy choroby ją dopadały,
wnuczka z lekami ją odwiedzała
i zanosiła jej wiktuały.
Już nikt nie pomni jak zwano córkę:
niepamięć skryła imię, nazwisko,
a że nosiła krasny kapturek,
to ten kapturek dał jej przezwisko.
W lesie, podobno, żył wielki basior
(tak zapisano w wiejskiej kronice).
Lubił czasami pod dębem zasiąść
i na śniadanie schrupać dziewicę.
Pewnego ranka Kapturek z koszem
w kapturku, którym zdobił jej głowę,
po raz kolejny do babci poszedł
by zanieść pyszne ciasto drożdżowe,
chlebek, owoce, jakieś serdelki,
świeże warzywa, jeszcze do tego
słoik bigosu, całkiem niewielki
i flachę wina porzeczkowego.
Chociaż poranna to była pora,
gdy szła z koszykiem wiejską ulicą,
miała bidulka mega cykora,
bowiem niestety była dziewicą.
W końcu do lasu doszła ciemnego,
choć jej ciążyło dziewictwa brzemię.
Spotkała jednak tam leśniczego
i powiedziała mu o problemie.
Siedli na trawie pod wielkim wiązem,
Zjedli, wypili flaszeczkę wina,
potem leśniczy problem rozwiązał,
czym uszczęśliwił wielce dziewczynę.
Całą noc razem spędzili w lesie.
Przyszła do domu dopiero z rana,
z kacem, wymięta (jak plotka niesie)
i na dodatek skonsumowana.
W głowie zrodziła się myśl dziewczęciu,
by wszystkim sprzedać bajeczkę barwną:
– Wilk mnie chciał zeżreć, lecz po połknięciu,
wypluł, bo stwierdził, żem jest niestrawną.
Babcię też połknął ten wilk bez taktu,
dlatego moja mamusiu, myślę,
że nie pamięta owego faktu,
bo pomieszało to jej w umyśle.
Dość wiarygodna dziewczyna była,
gdyż odstawiła niezły teatrzyk.
A babcia? Wielce się obraziła
i do tej pory wciąż wilkiem patrzy…
Żabka i byk
W lipcowy dzień gorący szukał raz byk ochłody,
więc przed prażącym słońcem w kierunku poszedł wody.
Staw rzęsą porośnięty wybrał za cel podróży,
by w nim wymoczyć pięty i nozdrza swe zanurzyć.
By napić się H2O ( bo taką też miał chrapkę ),
nachylił się nieśmiało i ….. ujrzał śliczną żabkę.
Zakochał się byczysko nieomal nieprzytomnie.
Chciał dla niej rzucić wszystko, bo kochał ją ogromnie,
iw pięknych oczach żabki utonął bez pamięci.
Całować chciał jej łapki. Chciał stado krów poświęcić.
O rękę ją poprosił i bukiet kwiatów wręczył,
Robaczki jej przynosił, terminem ślubu dręczył…
Lecz żabka, płaz zielony, rozsądnie zakumkała:
– Ty duży, napalony, ja jestem taka mała!
Twój pomysł jest chybiony i udać się nie może.
Poszukaj sobie żony na łące lub w oborze!
Bo gdybyś był maleńki jak ważka albo świerszczyk,
w kolejce do mej ręki na pewno byłbyś pierwszy.
Byk kochał żabkę małą, więc z wielkiej tej miłości
Przez tydzień wzdychał cały a cały miesiąc pościł.
A gdy już miesiąc minął znów wybrał się nad wodę
By ujrzeć żabkę miłą, podziwiać jej urodę.
To chyba jakieś czary, to chyba jakieś cuda!
Nad wodę przez szuwary idzie byk-krasnoludek!
Skurczył się niczym w praniu i żabka z ciekawości
Pytała: – Skąd ta zmiana? Czy skutek to miłości?
Powiedz, jak takim mikrym stałeś się nagle bykiem?
– Nie jestem bykiem zwykłym. Ja jestem Skurczybykiem!